|
czwartek, 19 listopada 2009
Ilustracje
interaktywne do mojej ulubionej ostatnio lektury "The God Delusion" Richarda Dawkinsa. Ponizej wywiadu trailer filmu, ktory mozna nzalezc na YouTube w 10-ciu 10-minutowych czesciach. Bardzo zajmujacy film!
środa, 18 listopada 2009
Mam zadatki...
...na (Big) Italian Mamma. Nie tylko dlatego, ze moj Szef Ukochany mi mowi, ze bede perfekcyjna matka, bo z takim spokojem mu podaje pogubione notatki czy inne takie, ale tez dlatego, ze lubie urzadzac obiady. Albo w ogole karmic ludzi. Nie robie tego zbyt czesto, ale kazdy dluzej przebywajacy ze mna gosc zostaje nakarmiony, bo gotowac lubie, zwlaszcza w duzych ilosciach. Zawsze gotuje z rozmachem, ale nie wyrzucam, zamrazam (prababcia Poznanianka, dlugo mieszkalam w Krakowie wiecie sami!). W niedziele tak blogo bylo, za oknem deszcz i zrywajaca sie wichura, ja ugotowalam green curry in a hurry, zjedlismy, ogladamy BBC, przychodzi K. z wycieczki w Wiclow, i jej mowie: "W kuchni curry, a naloz-ze sobie dziecko" (po angelsku powiedzialam, bo K. jest Niemka, ale sens takiz wlasnie). Wg. Dawkinsa (moj guru ostatnio, mam zamiar wszystko wyczytac) pokazuje w ten sposob moja wyzszosc (nie mam to jak mily rozwiniety darwinizm) dzielac sie jedzeniem z ludzmi, ktorzy nie przenosza bezposrednio moich genow, a moze to taki tez i troche mating ritual, ktory nieco zboczyl z toru, jak wiekszosc rzeczy, ktore robimy w tzw. cywilizacji. Alez alez, w piatek "wydaje proszony obiad" (jejku, czy ktos jeszcze uzywa tego zwrotu?), robie mega lasagne (G. do tej pory wspomina jaka ostatnia byla super) i juz sie ciesze przygotowaniami. Kupilam nawet specjalnie w tym celu mega lasagne dish ("dish brzmi znacznie lepiej niz "naczynie zaroodporne". Angielski jest taki ekonomiczny!). Osiem osob w koncu ma przyjsc a moze i wiecej. I czyz to nie jest najwieksze osiagniecie cywilizacji (obok Internetu i sprodkow antykoncepcyjnych oczywiscie): siedziec sobie w piatek po robocie w cieplym, milym domku i jesc lasagne w milym towarzystwie. A na dodatek miec to wszystko u siebie, pod nosem, zeby nie trzeba bylo po zimnej mokrej nocy wracac do domu. Koniec przerwy na herbatke. Wracam do roboty hej ho!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Wystawa Muncha
Wczoraj L. robil za "cultural refugee". Biedaczek zmeczony "jury duty", mowi (chociaz mowic nie moze o sprawie), ze bardzo emocjonalnie meczace, sprawa o gwalt, pisalam chyba, wiec zabralam go wczoraj na wystawe Muncha w Galerii Narodowej. WYGRALAM na nia dwa darmowe bilety. Bardzo trudno bylo wygrac -- na stronie internetowej National Gallery bylo pytanie "Jaki jest najbardziej znany obraz Muncha", a obok pytania, zeby utrudnic zgadywanie, byla litografia "Krzyku" z podpisem, oczy wiscie. Jako, ze pokazana byla litografia, a nie obraz, uwazam pytanie za bardzo podchwytliwe. Ale zgadlam! I wygralam! Wystawa genialna, cztery sale tylko, ale spedzillismy tam prawie dwie godziny. Oczy wiscie byla litografia "Krzyku" i dzeworyt (po krakowsku) "Madonny" o ten slynny: ![]() L. najbardzoej podobal sie "Pocalunek" ![]() Niwsamowite bylo "Chore Dziecko", ktore z daleka wyglada jak sliczny portrecik dziewczynki, prawie trojwymiarowy, a z bliska widac bardzo chore, umierajace niemal dziecko: ![]() I jescze przy "Trzech Etapach Zycia Kobiety" spedzilismy duzo duzo czasu. Prosze zauwazyc, ze pierwszy etap, dziewica, nie ma zadnych ryzow twarzy, taka ulotna bez zadnych wyraznych cech jest. Tabula rasa: ![]() Zawsze mialam slabosc do Symbolizmu. Z wiekiem mi nie mija :) A potem ogladalismy kolejny odcinek "Historii Chescijanstwa" na BBC (jedzac zainspirowane Nigella "Curry in a hurry"). Ogladam, komentuje jak zwykle, patrze na mape basenu Morza Srodziemnego i mowie do L. "Szybciej by mieli, jakby przeszli przez morze z Jerozolimy do Rzymu", na co L. "Ale Jezus by nie mogl". "???????" mowie ja wytrzeszczem oczu. "A bo mial dziury w stopach po ukrzyzowaniu i by sie nie utrzymal na wodzie". Hiiihi hi hi hi hi hi. Nie ma to jak komantarz eks-katolickiego Irlandczyka hi hi hi hi hi hi. Poza tym w piatek widzialam koniec swiata -- glupie jak but, ale glosne i uroczo destrukcyjne i mamy jeszcze goscia, niemiecka przyjaciolke C. Niesamowita dziewczyna, mieszkala rok w Nowej Zelandii, potem przez rok podrozowala po Azji, lacznie z Tybetem. Dobrze, ze zostaje jeszcze przez tydzien! I przywiozla pyszny niemiecki chleb. Sama, bez proszenia!
czwartek, 12 listopada 2009
Czytam Dawkinsa
Lepiej pozno, niz wcale, jak to mowia, ale za to z jaka zachlannoscia i zaciekawieniem. Nareszcie ktos pisze jak ja lubie -- logicznie, jasno i zabawnie czasami. Ale przede wszystkim -- RACJONALNIE. Pycha. Fragment z wywiadu z Dawkinsem: Dlaczego więc uparcie wierzymy w Boga? W biologii mamy mnóstwo różnych teorii wyjaśniających nasze niezwykłe predyspozycje do wiary w istoty nadprzyrodzone. Jedna z nich mówi o tym, że umysł dziecka – z przyczyn dobrze uzasadnionych przez Darwina – jest podatny na infekcje w podobny sposób, jak komputer. Komputer, aby był użyteczny, musi być programowalny, musi wykonywać to, co mu każemy. Ale w ten sposób nieuchronnie staje się podatny na wirusy komputerowe, czyli programy, które mówią: „rozpowszechniaj mnie, kopiuj mnie, przekaż mnie dalej”. Kiedy wirusowy program zacznie działać, nic go nie zatrzyma. Podobnie mózg dziecka jest zaprogramowany przez naturalną selekcję w taki sposób, żeby dziecko wierzyło w to, co mówią rodzice i inni dorośli, i było im posłuszne. Ogólnie rzecz biorąc, to dobrze, że dzięki tej podatności dziecko może być uczone przez dorosłych, którzy mówią mu, jak ma postępować i w co wierzyć. Ale siłą rzeczy ta sytuacja ma również swoją złą stronę: idee błędne, bezużyteczne, skutkujące stratą czasu – takie jak tańce deszczu i inne zwyczaje religijne – też są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dziecięcy mózg jest bardzo podatny na ten rodzaj zarażenia. Mamy również do czynienia z infekcją w poprzek pokolenia, kiedy charyzmatyczny kaznodzieja zaraża umysły, które wcześniej nie były zainfekowane.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Przespalam...
... prawie caly weekend i jeszcze bym pospala! Wroce do domu, zrobie lazanki i dalej bede spala! Mam nadzieje, ze to wirus a nie ciaza albo jakas spiaczka tropikalna albo kombinacja alpejska :) Wydawnictwo napisalo, ze oczywiscie jest zainteresowane wspolpraca ze mna (re: tlumaczenia z angielskiego) i dadza znac, jak tylko cos beda mieli dla mnie odpowiedniego. Jestem ciekawa, czy to tylko tak na odczepnego, czy rzeczywiscie... Ale mam ochote potlumaczyc! Wczoraj oprocz spania, ogladalam Wallendera (wersja szwecka) i te historie chrzescijanstwa na BBC 4 (to akurat z L. obzerajac sie polskimi ciachami z Capel St -- UWAGA REKLAMA --bardzo dobre ciacha, moze kremowki/napoleonki troche za duzo mialy esencju rumowej, ale sernik mniam!). Historia Chrzescijanstwa, jak przypuszczalam GENIALNA, wczoraj bylo na temat kosciola chrzescijanskiego w Azji (wlaczajac w to Chiny, a mowimy tu o historii do VIII wieku). Pierwszy raz slyszalam o kosciele syryjskim na przyklad, gdzie liturgie odprawia sie w odmianie aramejskiego... I postanowilam, ze Wielkanoc spedze w Bejrucie, musze tylko do K. napisac i ustalic terminy. Ale to moze jak sie dobudze...
sobota, 07 listopada 2009
No i..
... sie obudzilam (relatywnie) rano, z bolem brzucha, gardla i ogolna niechecia do ludzkosci. Wirusy tak na mnie dzialaja :) Cichy weekend przede mna, ale i tak mi sie nic nie chce ble. Ostatnia moja FASCYNACJA (nagranie sredniej jakosci, ale i tak rzuca na kolana. W mojej wersji na Ipodzie sa jeszcze niepokojace dzwoneczki -- PIEKNE -- jakos mi sie kojarzy z "Pamietnikiem Przetrwania" Dosis Lessig. Hmm, mze by znow przeczytac? We wtorek
przyjechal T., siedzielismy przy piwie w Kosciele, potem nie przy piwie i nie w Kosciele i T. mi powiedzial, ze to co obecnie robie i jak sie zachowuje to "taking a breather", po czym przycisniety do muru nie umial dokladnie wyjasnic, co mam robic wiecej w zyciu, ale ze jeszcze o mnie swiat uslyszy i jak mu powiedzialam, ze pewna Wazna Dla Mnie Osoba jest dumna z tego, ze tyle udalo mi sie dokonac, T. odpowiedzial, "But it's only a beginning, you are not done yet, you're still a baby". I caly czas mi mowi, jak mnie bardzo podziwia za to, ze jestem taka niezalezna i odwazna. Oj niekonwencjonalne ostatnio (?) mam te znajomosci, zwlaszcza z facetami, ale czy nie pisalam, ze mnie normalni ludzie, ekhem, nudza? A Szef przywiozl mi z ekskursji z Malty Rycerza w Srebrnej Zbroi, Krzyzowca oczywiscie, nie nie Krzyzaka :)
Mialam...
... pojsc jutro na warsztaty dotyczace wydawania (sie, ale nie za maz), ale juz czuje, jak mi sie nie chce i pewnie sie nie zwloke. Odkad (bolesnie swiadomie) zrezygnowalam ze studiow doktoranckich, mam fizyczny wrecz uraz do wszelkich warsztatow, nauk o studiach nie wspominajac. Zreszta po co chodzic na warsztaty BEZ skonczonej powiesci (a jako, ze mamy listopad, bretonski Miesiac Opowiesci, to znow sie za mna snuje duch powiesci, powinna sie sprzedac, zwalaszcza jak zobaczylam dzis na Sky 1, ze wywoluja ducha Michaela Jackson'a -- XXI mamy wiek, nota bene, duchy tez sie unowoczesnily, juz nie przez odbiornik telewizyjny sie kontaktuja, a przez komorki... Internet chyba za jasny i za oczywisty). Poniedzialkowy koncert byl GENIALNY, orkiestra wrecz frunela, Eroica sprawila, ze odplynelam i ja i na zawsze pozostanie we mnie obraz Sir. Marriner'a z batuta w ustach sciskajacy Pania Pierwsze Skrzypce! L. strasznie nabuzowany po koncercie byl, polazilismy po nocnym miescie, kupil juz nam bilety na Haydna za 2 tygodnie. L. ma teraz "jury duty", sprawa o gwalt, strasznie dolujace, pisze mi smsy, ze go przy zyciu utrzymuje mysl o naszych kulturanlych wypadach. Zaprosilam go swego czasu na polska wigilie pierwszego dnia swiat (bo w wigilie nie moze), trzeba dbac o ciekawych ludzi, a L. z kazdym spotkaniem robi sie co raz ciekawszy. Jutro mnie zaporosil na obiad do siebie, skoro Betowen byl "stekiem dla duszy", jutro czeka mnie "stek dla ciala". I tu po raz kolejny idiotyczne pytanie z konca podstawowki: czy mozliwa jest przyjazn miedzi kobieta a mezczyzna? L. jest bardzo gentlemanski, wiec moze? Niedospana ostatnio jestem bardzo, zmiana czasu nie pomaga, nie lubie zmiany czasu ani w jedna ani w druga strone. Jeszcze tak niedawno jak wracalam do domu Henry St, to musialam zaslaniac oczy przed powoli zachodzacym sloncem, a obecnie mrok mrok mrok. I te cholerne ozdoby swiateczne i swiateczne nagabywanie. Do konca grudnia jeszcze tyle czasu!!! Nastepne swieta kurde na Dominikanie spedze! Przynajmniej w USA czekaja z dekoracjami bozonarodzeniowymi do po Swiecie Dziekczynienia (dekorwac zygobozonarodzeniowymi paskudztwami zaczynaja juz w Czarny Piatek, ale i tak to jakis rozsadniejszy czas). Co jeszcze? Widzialam "Tatarak" (Wajda, Janda). OKROPNOSC. Bolesny belkot i brak skladu i ladu. Nie wiem, moze tak trzeba, tak jak malarstwo Bacona, odslonic brud i ohyde swiata i bolesny belkot smierci, ale jako milosnicznka filmu ze spojna narracja przynajmniej, uwazam, ze mozna inaczej. Wiec nie padlam. Na BBC4 (tak jestem uzalezniona) zaczal sie 6-odcinkowy serial o hostorii chrzescijanstwa. FASCYNUJACE, obiektywne i jak zwykle niesamowicie perfekcyjnie przygotowane. Uwielbiam BBC4!!!
poniedziałek, 02 listopada 2009
Duchy po Halloween
Odezwal sie Z. , pamietaja panstwo Zeta? Slabosc mam do niego niejaka, jak mi pomagal prztrwac ciezkie czasy oczekiwania na paszport, lata temu w Blekitnym. Potem okazal sie gowniarzem strasznym, potem probowal mnie zaciagnac do lozka, potem bylo on i off ale kontakt zawsze jakis i prosze sobie wyobrazic 10 grudnia Z. przylatuje do Szmaragdoeago Grodu na dni 4. Bedzie zabawnie. Napisal mi "you can now start thinking what we can do together!" Hi hi hi zabawny. Oczywiscie z wrodzona sobie subtelnoscia zapytalam sie czy przyleci z bagazem (zasadniczo jedzie w odwiedziny do przyjaciela, nie do mnie), bo moglby przywiezc swieza dostawe oleju z pestek dyni (PYCHA uwielbiamy w salatkach i popcornie). Sie zgodzil, wiec mu wypalilam, ze z olejem robi sie bardzo precious. Bede sie wysmienicie bawila z dystansem i brakiem oczekiwan (poza olejem!). A dzis wieczorem koncert z L. Calkiem niezle sobie ci mormoni wykombinowali z siedmioma zonami. Nie mialabym nic na przeciwko kilku mezom tez...
niedziela, 01 listopada 2009
Czytanki
Naprawilam laptopa (sama sama, wszystkie drivery a nawet udalo mi sie dzis aktywowac glos, bo ja laptopa w duzej mierze slucham) i dam mu jeszcze troche czasu, tak jak to powiedziala C. z laptopam jak z butami, trzeba wychodzic do konca :) Poczytalam sobie zalegle gazety online w tym Polityke i artykul o mlodych ateistach w RP: "Lekcja polskiego w jednym z grudziądzkich liceów. Temat: romantyzm. Nauczycielka pyta, jakie jest źródło przeżyć metafizycznych. Wtedy Kasia Aleksandrowicz wypaliła: są generowane przez płaty skroniowe mózgu. W klasie zaległa głucha cisza." Az zal bierze, ze nie bylam az tak blyskotliwa w licealnych czasach. Ale zamowilam sobie Richarda Dawkinsa do poczytania. Reszta artykulu tutaj. Wczoraj po "Ptakach" siedzialam z L. w moim lokalnym pubie (przerobiony zreszta z kosciola St. Mary's) i rozmawialismy o muzyce i o tym, jak batdzo nakreca. Na co ja do L., ze to tylko zelektryowana platy skroniowe, ale naprawde lubie jak mi sie to dzieje :-). Bo zycie w swiadomosci nie oznacza rezygnacji z przezyc metafizycznych...
czwartek, 29 października 2009
O ironio!
Jak mam Internet, to rozwalil mi sie laptop. Staruszek juz, lat prawie 4 i pierwszy raz mi cos takiego zrobil ale za to z jakim rozmachem. Wszystkie programy, sterowniki i dokumenty -- ZNIKNELY. Nic, zero, kosmiczna pustka! Zaniose go dzis do lekarza i zobaczymy co powiedza (a jest na Capel St taki magiczny Chinski lekarz laptopow i komputerow. Nie ma to jak chinska medycyna!), ale nie ma sie co oszukiwac. Pytanie brzmi: to Mac or not to Mac? I taka to zagwozdka. Bo ja lubie LADNE laptopy. Pozalilam zie L. na co przyslal mi smsa o trasci: "Pretend you are on a lovely beach in the Indian Ocean with a lovely warm sun and you have a submachine gun and you are shooting Ruskis!" Piekne i Zen, prawda. Zwlaszcza, ze moja mantra na dzis to "fuck, fuck, fuck, fuck". Krotkie i pelne mocy! A to strzelanie do Ruskow, to po czwartkowym seansie "Malej Moskwy". Widac, co chlopak zapamietal :) A w sobote idziemy na "Ptaki" (te i owszem Hitchcock'a, ale bardziej Daphne du Maurier) do The Gate, bo jeszcze nie bylam. To co, Szanowmi Czytelnicy? To Mac or not to Mac???
środa, 28 października 2009
Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!!!!!!
AAAAAAAAAAAAAAAAAle sie ciesze!!!! W poniedzialek ide z L. na dwie symfonie Betowena (druga i trzecia) dyrygowane przez Sir Neville Marrinera!!!!! Aaaaaaaaa!!!!!! A jeszcze w niedziele w japonskiej restauracji L. narzekal, ze dawno nie byl na zadnym dobrym koncercie muzyki klasycznej (z cala swiadomoscia uzywam tu anglojezycznej kalki, bo nie lubie wyrazenia "muzyka powazna") a tu taka gratka!!!! IIIIIIIIIIIIIIIIIIIiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!
środa, 21 października 2009
Wrrrr
wrrr, wrrr, wrrrr. PMSa mam, srednio raz na rok, akurat teraz sie przytrafilo, fascynujaca jesienna pogoda pewnie pomaga, leje, wieje i musze sie mocno przekupywac, zeby w ogole wyjsc z lozka rano, bo juz ciemno. Wrrrr, zirytowana jestem starsznie na wszystko, dobrze, ze Szef wyjechal, bo pewnie bym na niego zawarczala. Ale, dostalysmy "final bill" z Eircomu, wiec swiatelko w tunelu, ze moze juz niedlugo przejmie nas Perlico i bedzie Internet (S. zostawil mi w spadku swoj z Vodafonu, taki maly cosik dolaczany do koputera, ale dziela tylko do pojutrza). Poza tym od jutra tarzam sie w kinomatografii polskiej, w czwartek ide z L. na "Mala Moskwe" (biedny L. dopytywal sie, czy aby beda napisy, bo jego polski jest hmm teges nieistniejacy), a w sobote "Kopia Mistrza" i spotkanie z Agnieszka Holland, w niedziele "Wino Truskawkowe" ale na spotkanie ze Stuhrem juniorem nie ide, bo po co? Widzialam go pare razy w Krakowie, nie mam nabozenstwa. Za to w zeszlym tygodniu Pawel Huelle, bardzo bardzo bardzo. Troche przypomina mi szefa Aguni, poza tym uroczo szarmancki, zabawny i bardzo ciekawie opowiada. Chetnie bym z nim na jaka dluga wodke poszla, kto wie, wszystko jest mozliwe. Po spotkaniu zatargalam moje posiadane tu trzy ksiazki autora i zaczelam rozmawiac o "Castropie" i tak sobie siedzimy, gawedzimy i wpierwszej kisazce Autor sklada mi autograf, rozmawiamy dluzej, ksiazka numer dwa, autograf plus moje imie, rozmawiamy rozmawiamy a w ksiazce numer trzy laduje "Pani Magdzie -- serdecznie". Az szkoda, ze nie mialam wiecej ksiazek! Poza tym srodowe spotkanie tlumaczyla moja aktualna idolka czyli Antonia Lloyd-Jones. Nie wiedzialam, ze w moim wieku moge miec jeszcze idolki ale wlala! Powiedzialam jej szczerze po spotkaniu "You were fuckig great", bo byla absolutnie, a potem sie mailami wymienilysmy, gdzie mi napisala, ze tlumaczenie na zywo jest "like being shot through with 1000 volts so I'm glad it seemed OK" z czym sie zgadzam w 100%. Jestem pelna podziwu dla Antonii za to ile i jak tlumaczy i jaka jest swietna osoba. Dostalam zaproszenie na picie w Londynie i mam nadzieje, ze spotkamy sie i tu. I tak mnie znow wzielo na tlumaczenie ksiazki jakiej... Trzeba bedzie popukac mailowo do wydawnictw i zobaczyc, czy nie ma czegos przypadkiem, bo czemu nie?
wtorek, 13 października 2009
Zajeta!
Nawet nie mam czasu narzekac, ze nie mam Internetu w domu, bo i tak nie mialabym czasu. Dzis i jutro Pawel Huelle, w sobote "impreza Coheonowa" (jedna z moich zwariowanych kolezanek, Niemka, byla na WSZYSTKICH tegorocznych koncertach Cohena -- tu jest jej blog, jesli kto ciekawy). Cohenites of the world come together now! :) A w przyszly weekend Festiwal Filmu Polskiego i Agnieszka Holland bedzie! Ach w natloku zdarzen bylam jeszcze w niedziele w gorach, taki mily spacerek wokol Glendalough, taka trasa niewinna, ktora od setek lat chodzili tam pielgrzymi. Cuuuuudowne. A jaka pogoda piekna:
środa, 07 października 2009
Schizofrenia
Pisalam kiedys, ze jak odpisuje na maile, to podpisuje sie imieniem i czasem nazwiskiem Szefa. Tak latwiej. Dzis Szef patrzy na maila, w ktorym zawarlam wiele irlandzkich "bajerow konwersacyjnych" i Szef mowi: "No jakbym to ja sam napisal". Juz mu nie chcialam mowic, ze jego styl jest latwy do skopiowania :) A wychodzac z pracy zostawilam my na biurku notatke, potpisujac sie jego imieniem i nazwiskiem, zobaczymy, jak zareaguje. Bo juz mi pare razy mowil, ze cala jego rodzina huczy z radosci na moje "business letters" :)
Nadal
sie nie rozpakowalam do konca, chociaz z Ulubionego Snobistycznego wrocilam ponad tydzien temu. Ale ale, Ulster Theatre Festival. Widzialam juz "The Crumb Trail" i nie umarlam, bo ja nie lubie eksperymentalnego teatru, a o "izolacji" (bez "fragmentacji rzeczywistosci moze") to Czechow znacznie lepiej potrafi. Ale poszerzam horyzonty, poszerzam, caly czas daje szanse wspolczesnej sztuce. Za to "Trzy Siostry" w sobote OGIEN. Po rosyjsku, duszoszczipielnie cudownie, wisialam z zachwytu z balkonu na ktorym siedzialam, a jaki ruch sceniczny! OGIEN Panie Dziejku OGIEN, pelne katharisis i inne takie. I ten melodyjny rosyjski. Wczoraj za to bylismy na "The Pitmen Painters" tez w Gaiety. Niezle, niezle, historia ciekawa i inscenizacja, ale mi te "Trzy Siostry" w glowie siedza, nie pozbede sie, Panie Dziejku, coz zrobic? Ale bardzo dobra produkcja. Wiecej sie szykuje. Nie tylko festiwalowo. Pawel Huelle na przyklad przylatuje w przyszlym tygodniu do Szmaragdowego, a potem festiwal filmu polskiego i spotkanie z Agnieszka Holland m.in.! Czy ja sie kiedykolwiek do konca rozpakuje?
środa, 30 września 2009
Pomimo...
... stanu permanentnego niedospania (i sie nie poprawi: dzis wolontariatuje na Ulster Theatre Festival, jutro wolontariatuje i impreza, pojutrze wolontariatuje, w sobote wolontariatuje i ide na "Trzy Siostry" do mojego chyba ulubionego -- pod wzgledem wizualnym -- The Gaiety itp. itd.), ktory ciagnie sie jeszcze od zeszlego poniedzialku, kiedy to mialam bardzo zajeta noc i wieczor i poranek tez, wiec pomimo tego permanentnego niedospania rozlewa sie we mnie blogosc taka jakas... A tak sie rozlewa, mile uczucie. Byc moze w listopadzie znow Ulubione Snobistyczne... Wpadl wczoraj S. Siedzi przy stole i sie pyta co to jest, pokazujac na zawiniatko male. -- Moja pra-prababcia -- odpowiadam zgodnie z prawdo. S. robi wielkie oczy, na co grzecznie wyjasniam: -- No babka mojej matki, to moja pra-prababcia, nie? Babka makowa bardzo S. smakowala. (Moje ukochane przapsioly przy piwie w Bunkrze ochrzcily go moim "platonicznym kochankiem" he he he, ale moje zycie tzw. osobiste nie jest glownym tematem tego bloga). Koniec przerwy na herbate. Wracam do ukochanej roboty mojej niszowej. Spacer francuski tak sie spodobal, ze jedno z biur podrozy najprawdopodobniej podpisze z nami umowe na serie takich spacerow w przyszlym roku dla francuskich grup! Jakie to zycie jest zadziwiajace... Ze sie tak po autorskiej ciekawosci zapytam: a kto mnie czyta ze Szczecina? Znamy sie jakos?
wtorek, 29 września 2009
Wrocilam. Z Ulubionego Snobistycznego do domu. Z jednego domu do drugiego zasadniczo, bo i tu dom i tam dom. Zadna ze mnie rozdarta sosna ani zagubiona emigrantka :) Czuje sie, jakbym conajmniej tydzien byla, bo tak intensywnie a moi Rodzice przy okazji zwiedzili wiele krakowskich domow moich przyjaciol, bo tak "zabijalam ptaszki jednym kamieniem", ze sobie tak jezykowo zakalkuje (kalkulujac oczywiscie te kalke podczas pisania). "Trans-Atlantyk" (nie chce mi sie sprawdzac, czy tytul sie pisze z myslnikiem, jak zle napisalam tytul, to Google tak od razu nie znajdzie i maturzysta bedzie mial wiecej szukania do projektu maturalnego) GENIALNIE ZROBIONY. Co za scenografia! Ach ach ach. A Peszka to kocham (i moja Mamusia tez! Chociaz Tatus siedzial obok)!!! Co za aktor (ze sie tak poegzaltuje). Normalnie CHLONELYSMY gre. On by mogl zagrac butelke do mleka. Albo nawet i karton do mleka. Na dodatek bez mleka... Dobra, koniec przerwy na herbate. Do roboty! Szef mi napisal list milosny, ze mu znalazlam genialne informacje na temat "Francuskiego Spaceru", ktory w piatek i w niedziele robil dla Dublin City Council! Ha! Czy juz wspominalam, ze zima bede mu szukala informacji do ksiazki??? Zdaje sie Janomadka znalazla swoja nisze zatrudnieniowa...
piątek, 11 września 2009
Paul Auster nadal
Paul Auster jest czarujacy, przykuwajacy uwage, zabawny i niesamowicie przystojny... Wczoraj czarowal publicznosc przez dobre 45 min -- cisza, wszyscy wpatrzeni i wsluchani w jego opowiesc o Beckecie (tutaj artykul z The Irish Times zapowiadajacy wydarzenia). Drobne rzeczy rozczulaja (oprocz jego niezwykle hipnotyzujacej twarzy -- jak bardzo jest przystojny napisano nawet w The Irish Times, wiec nie jestem "Crazy grouppie", poza tym jest tu z znona :) ), jak na przyklad kiedy czytal fragment z Becketa, zabawny zabawny, publicznosc zaczela sie smiac, a on zamachal reka i powiedzial "Prosze nie rozsmieszajcie mnie!". I opowiadal o sobie, jako poczatkujacym pisarzu, o tym jak rzucil studia doktoranckie na Columbii... Caly swoj nowojorski czar rozprzestrzenial (i zachcialo mi sie znow do Nowego Jorku!)... A potem JaNomadka miala zaszczyt zostac "a mike girl", czyli jako wolontariuszka w niebieskiej koszulce (moim zdaniem kolor bardzo nie twarzowy, ale ktos z publicznosci powiedzial ze koszulki sliczne) latalam miedzy zgromadzonymi z mikrofonem (na spolke z Gisela, ktora miala drugi mikrofon) i podawalam tym, ktorzy mieli pytania... Wiec pan Auster pousmiechal sie do mnie kilkakrotnie. Jak sie zbieralysmy do domu, to jeden z organizatorow festiwalu zapytal sie "A wy gdzie idziecie dziewczyny tak wczesnie?" i zaprosil nas do festiwalowego baru (calosc dziala sie w Marine Hotel w Dun Laoghaire, piekna rzecz), wiec moglam dalej pousmiechac sie do Paula Austera i nawet powiedziec mu inteligenthe "Thank you very much", bo co innego mozna powiedziec pisarzowi zajetemu rozmowa z innymi pisarzami? Dzis dzien drugi rozpusty. Pytam sie organizatorki, czy ma jakies wejsciowki na dzisiejsze czytanie i podpisywania ksaizek, a ona na to "Masz wejsciowke. Tylko nie zapomnij jej zalozyc!" Znaczy sie moja trupioniebieska koszulka sie przyda raz jeszcze...
środa, 09 września 2009
Paul Auster
Ide ide ide! W mojej woluntariackiej koszulce w czwartek wieczorem! Zobacze Paula Austera na zywo. Takie moje hobby male -- spotkania z pisarzami :) Za to popracuje jako woluntariuszka w sobote i w niedziele w "Danliri" (w zyciu sie nie naucze tego pisac po irlandzku!), prawdopodobnie kostium dostane, co za radosc he he. I pieniadze mam za to jeszcze dostac! Napisalam Ani, ze nakupie za te pieniadze kupe ksiazek Austera, dam do podpisu i sprzedam z duzym zyskiem :) A dzis mam spotkanie woluntariuszy Ulster Theatre Festival -- w zeszlym roku woluntariatowalam, wiec jakby powrot do przeszlosci (chociaz wydaje mi sie, ze juz nie bedzie Slicznego Stevena jako koordynatora). Internetu w domu nadal nie ma, odlaczyli nam kablowke (bo im sie pomylily numery mieszkan, i zaprawde napisze im maila, zeby nam zdjeli pare € z rachunku za klopoty, niech sie ucza!), maja w czwartek przylaczyc, mam nadzieje, ze nikt mi nie zabierze mojego ukochanego urban decay widoku za oknem...
poniedziałek, 07 września 2009
Bez
Wlasnie sie dowiedzialam, ze jedna z osob z mojego programu doktoranckiego bylego zaliczyla depresje kliniczna... Wszystko juz w porzadku, obrona wkrotce a ja sie tu zastanawiam, jak blisko ja bylam... Bo Miasto nad Blekitnym to niej jest dobre miasto... Do tej pory czasem zachannie zachwycam sie tlumami ludzi na ulicach...
Ciekawostki
Lalo wczoraj strasznie. Jako, ze nie mam nadal w domu Internetu a i kablowke nam odlaczyli (zadzwonilam dzis i sie dowiedzialam, ze im sie pomylil apartament 4 z apartamentem 1 i od jutra telewizor ma dzialac, i mam nadzieje, bo RTE w nocy puszcza wspolczesne francuskie filmy a to Janomadki lubia bardzo), to prawie cala niedziele spedzilam sluchajac "Lisey's Story" Stephena Kinga i nie, nie zwariowalam ani mnie nie przenioslo w zadna inna rzeczywistosc :) Chociaz glowa mnie bolala i stad niechec do wychodzenia z domu na wiecej, niz po zakupy (chociaz przyznam, ze w sklepie mnie troche rozpraszalo od sluchania na iPodzie, wiec wrocilam do domu i wlaczylam raz jeszcze). Ten King dzwiekowy to zdobycz z biblioteki, bo mam glowna tak nieprzyzwoicie blisko od domu, ze nie wypada sie juz nie zapisac. Paul Auster przyjezdza na weekendowy festiwal ksiazki. Uzywam wszystkich moich znajomosci woluntariackich, zeby sie dostac na jego czytanie, a jak nie to po prostu pojade w piatek i bede czatowac, bo bilety juz wyszly byly (za to zabukowalam bilety na "Trzy Siostry" podczas Ulster Theatre Festival w pazdzierniku i poprosilam K. zeby mi zabukowala bilety do Starego na "Trans-Atlantyk", bo uwielbiam i chce zabrac Rodzicow na przedstawienie do (moim skromnym zdaniem) najlepszego teatru w RP. Co do Austera, to fascynuje mnie w jakis dziwny sposob, jak mozna pisac tak fascynujace historie z tak zupelnie plaskimi i nieciekawymi zakonczeniami (ZAWSZE), wiec jak sie byc moze dostane na spotkanie i sie zaczne fascynowac, to powinnam wyjsc 5 min przed koncem? Ale z zona bedzie czytal. Powinnam cos jej przeczytac tez. Dobrze, ze karta biblioteczna pod reka (a propos karty bibliotecznej to ostatnio sluzyla mi jako dokument potwierdzajacy moja tozsamosc w banku, kiedy zmienialam adres, jak to nie uwielbiac tego kraju. Pani mnie obslugujaca Polka byla, wiec za granica mozna :) ) To ja wracam do pracy...
piątek, 04 września 2009
Niemcy sa sliczne!
Wrocilam z Niemiec!!! Bylam w Heidebergu i okolicach i czulam sie jak w bajkach Braci Grimm (minus obcinanie palcow, piet i przesladowanie przez czarownice). Piszac dokladniej, jak na koncu bajek Braci Grimm, gdzie to zyli dlugo i szczesliwie. Przepiekna architektura: secesja w Heiderburgu (a zwiedzialam Heidelberg pewnego dnia z Koncertami Branderburskimi na uszach, a jak zagladnelam do malego kosciolka na przeciwko Biblioteki, to mialam szczescie posluchac dziewczyny, bosostopej, grajacej na organach -- przecudowne). Nawet Mannheim wyglada lepiej, niz sie spodziewalam (geometryczny uklad ulic chowa sie za wyrosnietymi lipami i wcale nie trzeba zwracac uwagi na nazy ulic typu "B9", bo tak ponumerowano kwartaly). A rejs po Renie (w niedziele, stad ta moja tropikalna opalenizna) naprawde przerosl moje oczekiwania, do tego stopnia, ze nie robilam zdjec WSZYSTKIM zamkom po drodze, tylko tym co ciekawszym. I winnice po drodze! Naprawde nie spodziewalam sie, ze Niemcy moga byc takie urokliwe (bo co ja wiem o Niemcach oprocz Berlina, Rostocku, Cotbuss, czyli slynnych Wschodnich Niemiec?). Oczywisie zameiszcze zdjecia, jak juz kurde bede miala Internet w domu (miesiac bez mija wlasnie, rowniez miesiac w nowym mieszkaniu, nadal trudno mi uwierzyc, ze do pracy ide sobie przez Henry St i Talbot St, mijam Joyce'a i The Spire... A potem, na ogol w zimnej bryzce od Zatoki czekam sobie na autobus na przeciwko Conolly Station). I po 10 min jestem w pracy! Poza tym spotkalam sie wczoraj z A. Studiowalysmy razem, nie widzialysmy sie, moj Boziu, 6 czy 7 lat a wczoraj nie moglysmy sie nagadac. Nie ma to jak UJ sisterhood! Mam nadzieje, ze bedziemy sie trzymac w kontakcie!
środa, 26 sierpnia 2009
Hmmm!
Dostalam maila od K. (a wlasciwie A., ale to dla Amerykanow bylo za trudne wiec zostala K.), ze zaprasza mnie do siebie do Libanu!!! Hura! Sprawdzilam juz bilety ze Szmaragdowego -- bardzo rozsadne ceny, wiec moze w lutym do Libanu (tak miedzy sezonami)!!! Marzy mi sie gdzies podroz poza Europe, zwlaszcza jak moge obejrzec kraj z osoba ktora stamtad pochodzi. Wiec moze moze! Jutro lece do Frankfurtu. Raf ma mnie odebrac z lotniska, poltorej godziny po przylocie moim, bo ma rozmowe o prace, ale kaze mi sie nie martwic, bo lotnisko duze, wiec zanim trafie do Terminala 2, to juz minie to poltorej godziny. A obecnie mamy Heritage Week, tak wiec po pracy chodze grzecznie asystowac Szefowi przy wycieczkach. Wczoraj wycieczka po Finglas (fascynujaca, bylam nawet przy Swietym Zrodle, ktore otoczone jest kratami i bramami, zeby wandale nie niszczyli. Bardzo to popularne miejsce dla tzw. Travelling Community), a przedwczoraj sladami Zydow w Dublin 6. Uwielbiam patrzec jak ludzie wsluchuja sie w wywody mojego Szefa. Bo charyzme to on ma niezaprzeczalna. I dwie kolezanki nowopoznane Polki tez namowilam, zoataly regularnymi gankami Szefa, bo sa na kazdym spacerze, od sobotniego po Casino Marino. I jeszcze koncze czytac najnowsza A.S. Byatt "The Children's Book". Piekna okladka :) W niedziele strzelilam 300 stron, chociaz przyznac musze, ze tak szybko zaczelam czytac dopiero od strony 200 i ostatnie 50 mi zostalo i jakos zwolnilam. Nie jestem pewna, co sadze. Nierowna ksiazka, chociaz fascynujaca na swoj sposob. Ale "Possession" to nie jest...
czwartek, 20 sierpnia 2009
Najgenialniejsze
pomysly sa najorostsze! Wlasnie wymyslilam, ze spotkam sie z Rodzicami w ich rocznice slubu w Moim Ulubionym Snobistycznym! I oni beda szczesliwi, ze polaza po Snobistycznym i ja nie bede musiala leciec do Rodzinnego i pomieszkam we wlasnym mieszkanku przez bardzo dlugi weekend. Bo dzis rano sie obudzilam i poczulam, ze czas juz do Krakowa zajrzec. Wiec jutro bukuje bilety i wio!
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
|