Zapiski z Wyspy prawie? Śródziemnomorskiej...
RSS
sobota, 30 stycznia 2010
Bejrut
Bilet kupiony dzis. Lece 31 marca do 9 kwietnia. Niestety kombinacja ze zwiedzaniem Istambulu po drodze okazala sie tak droga jak tygodniowy wyjazd indywiualny do Istambulu, wiec Istambul bedzie indywidualnie, teraz sobie pozwiedzam lotnisko jako przystawke :) I zobacze sie z K. hurrrra!

Jeszcze tylko zabukowac Maroko w nadchodzacym tygodniu i moge sie cieszyc bliska przyszloscia. No jakby mi odpowiadaly dwa tygodnie kiszenia sie w Agadirze, to moglabym juz dzis za jedyne 500 euro we wlasnym apartamencie, ale ja chce i Fez i Marakesz i kwitnace migdalowce i wyprawe na pustynie... I pewnie zamknie sie to nam w tej samej cenie :) 

Ahoj przygodo!
20:39, janomadka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010
14.22
wlasnie stuknela. Powinnam zwlec sie z lozia i zjesc jakie sniadanie? Bardzo imprezowy weekend i sie rozchorowalam... W piatek impreza u nas, w sobote u wspolokatora A. (z 60 osob bylo, w tym sliczni geje, jeden wyjatkowo sliczny z Brazylii, pastor z St. Michan's ktory probowal mnie namowic na spiewanie w kosciele ha ha ha, szybciej mumie z ich podziemi zaspiewaja, niz ja, mnostwo architektow, cudnie ubranych lasek itp. itd. TLUMY). Wirus musial mi byl pasc na mozg, bo sobie ubzdualam, ze impreza na 19 (byla od 21), wiec bylysmy z C. za swadziescia osma, ale przynajniej poznalysmy gospodarza i solenizanta, bo pozniej by sie nie udalo.

W niedziele lunch w japonskiej restauracji i kantaty Bacha, bo Orkiestra Sw. Cecylii od prawie 10 lat wykonuje WSZYSTKIE kantaty, jedna po drugiej. Niesamowite. 

Ach a w piatek po kawie z L. poszlam i przez przypadek kupilam sobie SUKIENKE na koncert Marizy w Laurze Ashley. Z przeceny oczywiscie, ale pamietam moja pierwsza sukienkie z Laury Ashley, kupiona przeze mnie z Paryzu (tez na wyprzedazy oczywiscie) w wieku lat 20, czulam jak otwieraja sie pzede mna bramy lepszego zycia... A teraz widze, ze wiekszosc wyprodukowana albo w Chinach albo na Ukrainie i doprawdy nie zasluguje na wysokie ceny poczatkowe, ale slabosc nadal mam. Ale tylko na wyprzedazach.


Kiecka -- bardzo Fado prawda? 
15:31, janomadka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 stycznia 2010
Zdjecia
Przyszedl dzis mail z Niemiec, ze podobaja im sie bardzo moje zdjecia Szmaragdowego pokrytego sniegiem i chca zamiescic w swoim katalogu i jeszcze za nie zaplacic. No prosze prosze! Slawa i pieniadze :) Szef mi kaze robic mase zdjec z mysla o pozniejszym sprzedawaniu. Hmmmm... Dlaczego nie. Pierwsze zamowienie juz samo przyszlo! 
21:51, janomadka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Cieplej...
... sie zrobilo, wiec czas na imprezy. Nie straszne mi wracanie noca, kiedy temperatura powyzej zera! Wracalam dzis z imprezy z nowopoznanym Hiszpanem z Galicji i sobie rozmawiamy jak zwykle w takich sytuacjach, dlaczego akurat tu wyladowal. Na co Hiszpan mi mowi: "Bo wiesz, zawsze chcialem mieszkac w kraju z celtycka tradycja i jak sie decydowalem na wyjazd, to popatrzylem na ceny biletow, i przylot tu byl zdecydowanie najtanszy". Wlasciwe taki powod jak kazdy inny w jakze nieprzewidywalnym (I HURA!) zyciu. No jakby mi kto jeszcze 5 lat temu powiedzial, ze bede mieszkala TU a nie w Londynie to bym nie uwiezyla. To, Panowie i Panie (i ty Mala Dziewczynko tez) kolejeczka za nieprzewidywalnosc, bo to jedyne dla czego warto zyc!
02:26, janomadka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010
Plus 12C
na polu!!! Hurrra! I ma byc podobnie przez weekend. Pora rozbierac choinke i postawic hiacynty i zakile (sa juz w Marksie i Spencerze)!!!! Jutro ide do fryzjera powalczyc z odroastami a potem na dlugi dlugi spacer przed wieczorna domowka, bo sie okazalo, ze jest impreza, wiec kino w niedziele. Juz mnie nosi, dala mi sie w kosc trzytygodniowa zima -- WYSTARCZY. Wedlug tradycji wiosna na Szmaragdowej zaczyna sie 1 lutego (nie zartuje, wedlug wyspiarskiej stradycji ptaszki sie lacza w pary 14 lutego, jestem ciekawa czy ptaszki co maja ptaszki tylko z takimi z ptaszkami?), chociaz w zeszlym roku akurat 1 lutego spad snieg i lezalo to cholerstwho ho ho 2 dni. Obecnie przezylismy choc z bolem 5 dni sniegu, wiec mam nadzieje, ze wystarczy na ten sezon. I jeszcze zapisuje sie na Pilates w ramach walki w zimowa gnusnoscia ale to dopiero za 2 tyg (niecale). 
14:34, janomadka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2010
Ciekawy Dzien
Zamowilam sobie wylot do Krakowa na urodziny (i pare dni po, bo swietowac mam zamiar dluuuuugo i wytrwale). A jakze wpadlam na ten prosty w swej genialnosci pomysl? Wszystko zaczelo sie od braku wody w Szmaragdowym...

Pol Szmaragdowego nie ma wody (no prawie pol), bo zabraklo w rezerwuarze poniewaz wielu mieszkancow miasta (i kraju zapewne) mialo odkrecona wode non stop, zeby rury nie pozamarzaly. Sama bym nie wpadla na taki pomysl, moj Szef mowi, ze on tez nie. A czesc rur i tak pozamarzala i popekala i wyciekly masy wody (poszlo w bloto znaczy sie), wiec suma sumarum -- kryzys wodny. Do jutra (please God, jak sie tu mowi potocznie). Pojechalam wiec z Szefem po wode z cysterny ale kolejka szla tak powoli i tak opornie, ze Szef zdecydowal sie zadzwonic do swojego przyjaciela i u niego zaopatrzyc sie w wode ("Przy okazji sie wysikamy i napijemy kawy za darmo" -- wyjawil mi swoj szczwany plan). Wiec pojechalismy, plan szczwany zostal wykonany a na dodatek przesiedzielismy ponad godzinke na milych rozmowach. Dowiedzialam sie, ze B. zna dobrze Jerzego Maksymiuka, ktory wielokrotnie przylatywal na Szmaragdowa, zeby dyrygowac tutejsza narodowa orkiestra kameralna oraz ze B. wraz z zona planuja wylot do Krakowa w drugiej polowie lipca, wiec im doradzilam w sprawie hotelu i polecilam sie na przyszlosc, z polecaniem innych miejsc a potem na moj wpol-odwodniony organizm spadlo olsnienie, ze przeciez moge sobie ufunodwac wylot na urodziny, wiec sie pytam Szefa czy moge a Szef, ze musze zlozyc podanie do dzialu personalnego, na co mowie "Hmmm, to chyba ja, a ja sobie nie pozwole na takie wybryki". Towarzystwo sie rozesmialo, a ja wrociwszy do somu zabukowalam sobie lot na 15 lipca i powrot 19 lipca poznym wieczorem.

I jaka mi to frajde sprawilo!!!!

Jak pojsc w tango to tylko w Krakowie! Ach te noce lipcowe, szlajanie sie po knajpach, po Kazimierzu i byc moze nawet kielbaska pod Hala... Ach... I Piotrus sie zdeklarowal, ze juz sobie zapisal, bo ho ho ho odzew na FB juz nawet jest na hiobowa wiesc o moich urodzinach!

Ale sie cieeeeesze! A jak wychodzilam z pracy o 17 to bylo juz jeszcze w miare jasno!!!!
20:46, janomadka
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010
A ja
najbardziej ze wszystkich miesiecy nie lubie stycznia. Zle skojarzenia edukacyjne (zaliczenia, egzaminy kumulowaly sie w styczniu wlasnie), czlowiek zmeczony zimnem, brakiem slonca a do wiosny jeszcze ho ho ho. Pomimo, ze zima znacznie lagodniejsza tu na Szmaragdowej, to i tak mam juz dosc budzenia sie jak jest ciemno i wracania do domu jak juz ciemno. Taki czas, zeby przycupnac na kanapce i przeczekac ale kosci i dupka bola od takiego siedzenia, wiec mnie powoli mentalnie rzuca zeby COS robic. Film w sobote i jeszcze cosik ugotuje, w niedziele pewnie bede znow nicnierobila, mowie do C zebysmy zrobily impreze w przyszly weekend, tak w ramach walki z marazmem, polski karnawal pokazemy co mniej polskim znajomym, zobaczymy ile osobom bedzie sie chcialo przyjsc, w przyszla niedziele kantant Bacha w Swietej Annie, nie jest az tak zle ale slonca, slonca brakuje a do Maroka jeszcze pare tygodni...
12:43, janomadka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010
Pada deszcz!!!!
Leje nawet, wieje strasznie z Poludnia (w Szmaragdowym bardzo latwo rozeznac sie na stronach swiata, poniewaz miasto przedzielone jest rzeka na Polnoc i Poludnie) ale ja i tak zacieszam, ze nie Straszny Snieg. Mam sniegofobie! Wrrrr.

Wyjazd do Maroka sie krystalizuje, aczkolwiek z dwutygodniowym przesunieciem w strone marca. Bedzie pieknie! Lacznie z trzydniowa Wyprawa na Sahare. Dzis byl taki dzien, ze w ogole nie zrobilo sie jasniej i w drodze do pracy sprawdzalam dwukrotnie zegarek, czy aby nie ide do niej (pracy znaczy sie) godzine za wczesnie. Niestety nie. Nie rozjasnilo sie do wieczora... SLONCA potrzebuje.

Przygotowalam sobie na sniadanie twarozek (nowoodkryty, lokalny, produkty mleczne, poza parmezanem, probuje kupowac irlandzkie, bo tu mieszkaja najszczesliwsze krowy swiata -- na drugim miejscu krowy z Nowej Zelandii : ) ) z papryczkami chili i jalapenio (tak sie to pisze?) raczej nie lokalnymi, ale kop z rana niezly!

W weekend ide z L. na "Road". L. stwierdzil, ze film adekwatny do aury i ze przy nim "Biala Wstazka" to komedia romantyczna (ksiazke czytal, ma mi przyniesc jak wyciagnie z worteksu swojej biblioteki).

A teraz grzecznie spac do lozia...
22:27, janomadka
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 stycznia 2010
Hibernacyjne
Tylko bym spala, spala i spala. Skoncze ogladac Wallandera (szwedzkiego) i myk do lozia o 20.00. SPAC!!! Miasto nadal uwiezione pod sniegiem, jutro bede musiala wyjsc z domu bo chleb i mleko sie koncza, moze zdjecia poriobie. Zapowiadaja przynajmniej tydzien bez odwilzy -- NIEEEEE! Trawa zasypana, moje kwiatki na tarasie zasypane, jestem ciekawa, czy przezyja...

Tesknie za deszczem, wiecie. 
19:05, janomadka
Link Dodaj komentarz »
Zycie po (naukowej) smierci
Z tzw. glupoty wrzucilam sie w "Google scholar" i prosze prosze znalazlam sie jako osoba cytowana w "manualu" mojego (bylego) amerykanskiego uniwersytetu oraz jako autorka CALEGO ROZDZIALU (2 strony znaczy sie) podrecznika dla Teaching Assistants (international). Moj artykul o zapachach w Sonetach Szekspira nie zdygitalizowany niestety... Ale i tak zyje dla przyszlych pokolen jako zrodlo cytatow.

Poza tym nie wiem, czy szkola sobie zdaje sprawe, ze jest dla mnie byla, bowiem w roskladzie jazdy na semestr wiosenny 2009 moje nazwisko figuruje i owszem jako "leave"... 

W koncu to Amerykanka Emily Dickinson napisala:

"We never know we go, -- when we are going
We jest and shut the door;
Fate following behind us bolts it,
And we accost no more."

A ja nie lubie, nie umiem i nie chce palic za soba mostow, bo to daje mi poczucie (iluzorycznej) zapewne swobody... Bo gdybym chciala wrocic na studia doktoranckie, to pewnie nie byloby wiekszych problemow. Tylko -- po co? Na to pytanie od  prawie3 lat, od kiedy podjelam decyzje, ze odchodze, koncze z odrealnionym zyciem na kampusie i wracam do Europy, nie znalazlam odpowiedzi i im dluzej w Europie tym bardziej nie wiem na co mi doktorat. Nie wspominajac, ze Narcyska wlasnie stoi w obliczu bycia bezrobotna z doktoratem wlasnie... 

Bo i nawet moj Tatus kochany przestal mi marudzic, zebym napisala doktorat i T. tez mi przestal wciskac, ze musze, chociaz nadl uwaza, ze robie sobie obecnie "intelektualna przerwe". Hmm, kto wie, byc moze pomoge Szefowi w pisaniu kolejnej ksiazki, bo zaczal o tym przebakiwac. Zycie jest takie ach nieprzewidywalne. 
02:58, janomadka
Link Komentarze (1) »
środa, 06 stycznia 2010
Zapiski ze sparalizowanego miasta
Szmaragdowy Grod sparalizowany! Snieg padal mokry (kuleczki sniegu! Pierwszy raz widzialam, taki grad miekki i na dodatek byla blyskawica i zagrzmialo! A takiej czarnej chmury dawno nie widzialam!). Szef poprosil mnie, zebym pojechala z nim pod koniec pracy do jego prawie stuletniej ciotki (ktora miala meza Polaka! Ale to zupelnie inna historia, ktora pewnie kiedys opisze Szanownym Czytelnikom) ale w polowie drogi, slizgajac sie po zlodowacialej drodze, Szef stwerdzil, ze bezpieczniej bedzie zawrocic do domu a ze bylismy prawie w centrum, to ja poszlam do domu swojego. Droga, ktora zazwyczaj zajmuje mi 8 min, tym razem zajela mi ponad 20, bo szlam po lodzie -- wszystko zamarzlo na pniu! Niesamowite. Wstrzymano wszystkie autobusy, lotnisko zamkniete do 20.oo conajmniej. TV powiedzial, ze takiego lodu nie bylo od 50 lat conajmniej. WSZYSTKIE, nawet te najbardziej cenralne drogi sa pokryte lodem tak, ze samochody sie slizgaja... Szefowi powrot do domu zajal ponad godzine (zwykle to jakies 15 min). Nie wiem jak biedni ludzie wroca do domow -- Telewizor powiedzial, ze autobusy powoli wracaja do pracu, piaskarki przebijaja sie przez apokaliptyczne korki (7 piaskarek zdaje sie na cala nienawykla do sniegu i lodu stolice) a bilety autobusowe sa obecnie wazne w innych srodkach komunikacji (Dart czyli kolejka podmiejska i Luas czyli tramwaj). Ja sobie cicho siedze w domu, mam nadzieje, ze jutro nie bede musiala ISC do pracy. Nie wiem czy przy takim lodzie udaloby mi sie wejsc pod gorke na ktorej znajduje sie nasze biuro. Chocia profesjonalne buty gorskie posiadam i nie zaruje -- jutro je zaloze! Do mojej zdobycznej (na wyprzedazy) eleganckiej dlugiej welnianej spodnicy z Laury Ashley...

A teraz meczy mnie istnie hamletowski problem: herbata czy hot whiskey? Co lepsze na lod na polu???
20:16, janomadka
Link Dodaj komentarz »
OMG!!!!
Ide 11 lutego na koncert Marizy!!!!! Kupilam wczoraj bilety (0czywiscie ciagne L. ze soba, nie nie ciagne, L. mi ufa jesli chodzi o moje wybory muzyczne) a zostalo juz niewiele. Czytalam sobie wczoraj gazete podczas lunchu i wyczytalam, ze Mariza bedzie w Szmaragdowym na koncercie (nie, nie pierwszym, jeden przez glupote przepuscilam, ale teraz nadrobie z nawiazka, bo bilety kupilam w PIERWSZYM RZEDZIE) i zadzwonilam do L. czy chce mi towarzyszyc i od razu kupilam bilety. Bede chlonac, plakac, drzec ze wzruszenia... Tak, Fado tak na mnie dziala a Mariza na scenie, bezposrednio, magicznie to juz w ogole. No popatrzcie Panstwo sami, jak pieknie spiewa i jak sie potrafi wzruszyc. Sie splakalam jak bobrzyca przy tej piosence... Och znow wrocic do Lizbony, powluczyc sie po Alfamie ciepla noca, sluchac Fado dochodzacego z okolicznych kafejek...


Jestem ciekawa jak to jest stac na scenie i widziec takie tlumy przed soba zasluchane. A koncert nie gdzie indziej tylko w samej Lizbonie. A to pierwsza piosenka Marizy jaka uslyszalam. Aaaaach:
11:42, janomadka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 stycznia 2010
No i nie wystawilam!
Siedze w domu. Zrobilam zdjecie sniegowi, bo to jednak anomalia u nas. Z lozka wstalam kolo 14 i na sniadanie zjadlam ostatnia kromke chelba kupiona ponad tydzien temu... Ale dobry ekologiczny na zakwasie, wiec jeszcze zyje.

Kontakt ze swiatem telefoniczno-internetowy, wiec prosze sie nie marwic, ze zdziczeje. Lubie takie dni "resetujace".

Slucham Koncertow Brandenburskich. Uwielbiam. Dajcie mi barokowa trabke (do sluchania), a zrobie wszystko. TAK. WSZYSTKO.

Skonczylam czytac najnowsza Tokarczuk. Na poczatku krecilam troche nosem, ze to nie "Bieguni" ale im dalej w las (tak w las wlasnie) tym ciekawiej i ostatnie 150 stron lyknelam za jednym posiedzeniem dzis. Genialne! Jako, ze szlag mnie trafia (ale nie zawistnie), ze Olga pisze tak jak ja bym chciala, nie bylam AZ TAK zdziwiona zakonczeniem, "Palec Bozy" mnie natchnal wiedza, kim jest Morderca, raczej usmiechnelam sie, ze potwierdzily sie moje przypuszczenia. Przypomnialo mi sie, ze zapomnialam o Blake'u, a na studiach sie fascynowalam bardzo, nawet probowalam nieco tlumaczyc i snily mi sie jego Rysunki. Tak, ciagnie mnie bardzo, zebyuzywac Duzych Liter. Ale przez biografie Blake'a Ackroyda nie udalo mi sie przebrnac. Ale Pani Olgo chyle czola za ksiazke po raz kolejny! Chyba nastulam maila do Antonii, ze jak bedzie miala czas i sie bedzie kontaktowala z Olga, to zeby jej przekazala, ze czola chyle! I co by teraz wybrac do czytania z mojej Kupki Zwalistej? Az szkoda, ze "Prowadz swoj plog przez kosci umarlych" tak szybko sie skonczyla...

18:22, janomadka
Link Komentarze (1) »
Jutro...
... chyba nosa z domu nie wystawie, bo znow zimno jak cholera. A dzis pomagalam w "obsludze" wycieczki 250 studentow zydowskich, co to sie do Szmaragdowego wybrali. Szef w gorach w Austrii, wiec musialam pojechac do hotelu i emanowac moja kojaca obecnosc. Chaos byl spory, zwlaszcza jak organizatorka zamieszania zadzwonila, czy by nie mozna przesunac przewodnikow dwoch z 14 na 12.30. O 11.oo zadzwonila nota bene. Ale co, ja nie przesune? Jestem pewna, ze obudzilam jednego z przewodnikow, ale nie narzekal zbytnio i byl na miejscu o 12.20. Autobus wyruszyl przed pierwsza. Ale wszystko sie udalo, wszyscy dotarli (zmarzniecia ale szczesliwi) do dystylerni Jamesona. Ja zakasowalam moja "przewodnikowa" flaszke Jamesona 200ml, bo choc przewodnikiem nie jestem, to odpowiedzialna bylam za doprowadzenie tam tej 250-osobowej grupki. No i pogoda sie poprawila! Padalo (a takze rzucalo gradem) tylko co jakis czas a nie non stop jak przez ostatnie dwa dni. Hura!
Po raz pierwszy na wycieczce dla nas pojawil sie B., ten na ktorego interview bylam. Fascynujacy facet -- ma niesamowicie regularna twarz, taki przystojniak z lat 20, poza tym mowi po rosyjsku, niemiecku, francusku (dzis prowadzil wycieczke po francusku) i po polsku troche tez, bo dzis ze mna prowadzil small talka po polsku. Hmmm. A przy tym ma cos w sobie takiego niepokojacego, ze nie ma sie ochoty na bardzo bliskie kontakty... Interesujace. Zobaczymy ile bedzie dla nas pracowal. Poobserwujemy.
A wieczorem wpadl L. (myslalam, ze mu sie nie bedzie chcialo w takie zimno, bo z domu przyjechal autobusem). Zjedlismy pizze i salatke (bo sie przeazil, ze przez ostatnie trzy dni zylam na pieczonych ziemniakach li i jedynie i wcisnal we mnie te zielenine niemalze) i obejrzelismy Wallandera (tego szwedzkiego) i ostatnia czesc Historii Chrzescijanstwa na BBC4  i zerwal sie o 23, bo mu pies wariuje na petardy i fajerwerki. Po czym na odchodne rzucil mi "You are very good" i "Happy New Year" na co odrzeklam mu z dziewczeca gracja "Fek off, will ya?"
00:55, janomadka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 grudnia 2009
Lenistwo
Mam pol wolny dzien dzis. Znaczy sie nie musze wychodzic z domu do biura, ale musze obrobic wszystkie nasze maile i troszczyc sie o przewodnikow: w czwartek mamy mega wycieczke -- 300 zydowskich studentow a Szef na nartach w Alpach. Jedna przewodniczka wyladowala w szpitalu, drugi sie rozchorowal, wiec musze dzwonic i organizowac zastepstwo. Nie tak latwo!

Mialam zamiar pojsc pouzywac na wyprzedarzach, ale deszcz leje i wieje i nie chce mi sie z domu ruszac. Pouzywalam troche w niedziele, jak odwiozlam Rodzicow na lotnisko i bylam w miescie juz o 10 rano. Pierwsza na wyprzedazach pomyslalby ktos. Sama sie zdziwilam. Ale nie padlam ani w Monsoonie (koszulka z krotkim rekawem na Maroko) ani w Benettonie (koszula i kamizelka welniana) ani w innych sklepach. Bo ja taka francuska suczka jestem w kupowaniu: wszytsko musi byc tylko bawelniane albo jedwabne, buty tylko skorzane ech... cud, ze gola nie chodze! Nie przepadam za zakupami. Ach i jeszcze kupilam sobie "Echoes" czyli "the very best of Pink Floyd", bo jestem opozniona w rozwoju (alternatywna w rozwoju?) muzycznym i dopiero odkrywam Pink Floyd.

Dobra, zostaje w domu, poprasuje troche i obejrze program o Rosji na BBC4 i moze Wallandera?

Ach bylismy na "Avatar" w 3D. Pikne!
16:28, janomadka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 grudnia 2009
Swieta tegoroczne
Spedzone pod znakien Handla niejako. W sobote zabralam Rodzicow na koncert Mesjasza do RDS i byli absolutnie zachwyceni. Ja tez zreszta. Nie ma jak piekna, logiczna, harmonijna muzyka barokowa! I oczywisice prawykonanie utworu tu u nas w Szmaragdowym. A dzis za na mowa Szefa poszlismy (ja dla muzyki) do kosciola Sw. Teresy i na koniec mszy (wiekszosc muzyki podczas mszy byla Mozarta, pycha, patrz powyzej moja definicje perfekcyjnej muzyki, jak i zycia zasadniczo) wykonano wlasnie ten utwor.

Moja Mama byla nieco rozczarowana, bo w kosciele tutejszym ani choinek, ani szopki, szopka jedna z zywymi zwierzetami stala pod domem Lord Mayor (ktora obecnie znow jest kobieta), ale muzyka za to CYMES.

A jutro L. zabiera nas na wycieczke po Wybrzezu i gorach. Stara sie chlopak, a ja jak zwykle nie mam pojecia :)

01:28, janomadka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2009
Zaspalam
W prawdzie tylko 15 min ale straszne, ze slyszalam tylko jeden z moich 5 porannych (w odstepach 5 min) alarmow komorkowych (a propos komorek, to powinnam dostac premie od Samsunga -- i L. i Moj Szef kupili takie same komorki, jak ja mam -- Tocco Light -- tak zachwalalam. Ale to najlepsza komorka jaka mialam dotychczas, chociaz jak T. zobaczyl, to rzucil zaskakujacym komentarzem: "Czy wyobrazasz sobie jakie to bedzie przestarzale za 2 lata?" Co racja to racja). Racja racja, koniec dygresji, wiec zaspalam, dzwonie do Szefa a on na to, zebym przyszla na 10 to on sam tez nieco pospi, bo spadl snieg. No nie mieszkam w Anglii -- snieg lezy tylko w gorach i na poniektorych dachach w ilosci aptekarskiej ale BRRRR WRRR WKRRR SNIEG. NIENAWIDZE. Nie mam tolerancji od pobytu w Cleveland i trzech zim tam przebytych. Wrrrr Brrr, Wkrrrr.

Ale widzialam w wiadomosciach, ze Anglie znow zasypalo i dobrze, ze moi Rodzice maja corke na emigracji na Szmaragdowej, ktora nadal jest zielona a nie w Anglii na przyklad. Bo lotniska na Wiekszej Wyspie sparalizowane a oni przylatuja za 3 godziny. Szef powiedzial, ze odbierze ich z lotniska swoim szpanerskim samochodem, zeby sobie nie mysleli, ze pracuje dla nie-szpanera! Ja to mam jednak kochanego Szefa. Jutro idziemy na Mesjasza (napisany w Dublinie nota bene) do RDS i w ogole bedzie sie duzo dzialo.

A tak a propos sniegu w Anglii a nie tutaj, to dawno temu Rzymianie stwierdzili, ze nie bede kolonizowac Szmaragdowej. bo musi tu byc strasznie zimno, ochrzcili (he he) ja z daleka Hibernia i pozostali w Anglii narzekajac na klimat. Ale glupi ci Rzymianie, c'nie? :)
14:57, janomadka
Link Komentarze (1) »
środa, 16 grudnia 2009
Staram sie
byc slepa i glupia i emocjonalnie autystyczna, bo dobrze jest tak jak jest a ja nie mam ochoty na nic, do czego nie bylabym w 100% pewna. Zobaczymy, czy peknie, czy sie rozejdzie po kosciach. Poza tym nie ma to jak klin klinem w pewnym sensie. Czwartek byl hmm bardzo mily.

Zet byl. Nie nie w czwartek. Trudne to do uwierzenia, ale mam wrazenie, ze Zet jest jeszcze mniej dojrzaly, niz te 3 czy 5 lat temu... Nie wiem, czy mi sie perspektywa zmienlila, bo przebywam ostatnio z doroslymi facetami, czy Zet sie cofa w rozwoju, ale czasem jak chodzilismy po Szmaragdowym mialam ochote go zlapac za raczke, zeby nie wpadl pod samochod! Tak zle. Zona A. (przyjaciela Zeta, ktorzy to mieszkaja do konca grudnia a potem wracaja do siebie: A. do Budapesztu a Zona na Slowacje, beda sie spotykac w weekendy) otwarcie nie moze scierpiec Zeta, dlatego robilam "babysitting" w niedziele. Swoja droga fascynujace jak ludzie sie (nie) zmieniaja...

Mam za soba dwie imprezy mniej lub bardziej swiateczne. Nie jestem fanka "tradycyjnych" imprez, wczoraj przez ostatnia godzine imprezy, jak juz gadka umierala, myslalam sobie: "A idzcieze juz w cholere, pranie musze rozwiesic". Tak to ja, dusza towarzystwa, ktora wczoraj wznosila toast, "So that all the Xmas madness will be over soon". Za 10 dni juz spokoj. Ale choinke ubralam i prezenty kupilam. Dla Rodzicow. "Sloncem bedziemy, dziecmi swych dzieci". I pomyslec, ze dla mnie 13-letniej byly to slowa absolutnie niezrozumiale. Dla mnie kilka lat pozniej -- rzeczywistosc. W piatek przylatuja i beda rozrywani miedzy moim Szefem a L. i innymi atrakcjami.
11:56, janomadka
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 grudnia 2009
Wstawanie...
... rano to masakra! Normalnie sie sila wykpuje, ale jak mozna wstawac, jak na polu ciemno jeszcze. Nienaturalne to takie. Przedwczoraj mialam taki szalony pomysl, ze wstane wczesniej i posiedze sobie z ksiazka w kawiarni, gdzie o 10 Szef mial przeprowadzac pre-interwju z naszym potencjanym nowym przewodnikiem (mowi po niemiecku, a my uwielbiamy Niemcow, bo oni uwielbiaja Szmaragdowa i przylatuja tu hordami i placa :) ) a potem jechalismy na konferencje. Ale jak po otworzeniu oczet moich madrych okazalo sie, ze prymitywne 40 min wiecej w cieplym lozeczku jest znacznie bardziej kuszace, niz kulturalne 40 min przy ksiazce i cappucino we wloskiej kafejce i na miejsce przybylam za dwie 10... Ale i tak bylam strasznie przed czasem jak na lokalne warunki. Tak szczerze mowiac, to luzne podejscie do czasu Tubylcow sprawia, ze nawet nie rozwazam zmiany krajow, bo gdzie indziej zeszlabym na zawal z powodu moich spozniej, a tu jestem jedna z bardziej punktualnych osob... Nie ma to jak dostosowanie kraju do wlasnej osobowosci. Ale na przyklad moja Mama mowi, ze ja stresuje to, ze nie wie, kiedy przyjedzie dokladnie autobus (autobusy na Szmaragdowej to osobny rozdzial, bo tu na rozkladach jazdy podaje sie godzine WYJAZDU z poczatkowego przystanku, wiec mozna sobie wydedukowac mniej wiecej, co ma na tyle sens, ze przystanki tu sa na zadanie. Wszystkie) albo ze nie wie dokladnie, kiedy sie cos zacznie (nawet koncerty zaczynaja sie tu tak z 5 min pozniej).

 Zaraz lece pracowac w domu, bo nasz webmaster jest moim sasiadem zasadniczo, wiec latwiej w domu wlasnym, niz w biurze. I am so flexible :)

W sobote spotkalam sie z L., moj lokalny kolega gej, Wloch zreszta, pracowalismy w WF kiedys dawno (dwa lata temu ojej) a kolega obecnie pracuje w Wielkim Banku i mowi, ze sily zyciowe ta praca z niego wysysa i ze czuje sie ze jest tam tylko kolejnym numerkiem a nie indywidualnym pracownikiem.

Opowiadam wczoraj to mojemu Szefowi Ukochanemu, kiedy wracalismy z konferencji na temat turystyki (prezentacje byly dynamiczne i z sensem i power point doskonale zrobiony! Naprawde jestem pod wrazeniem). I Szef mnie przedstawial jako "My number one". Wiec mowie mu o L. i o tym, ze sie czuje jak kolejny numerek. Na co Szef: "You are just a number for me as well. Remember, I've introduced you as my number one!"

I jak ja mam nie kochac mojego Szefa?
13:08, janomadka
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2009
Ratunku
Powinnam sie byla juz nauczyc, ze czerwone wino i whiskey nie lacza sie zbyt latwo. Znaczy sie konspumcja bezproblemowa, ale dzien po czuc skutki... Ech. Wszystko robie podwojnie dokladnie a glowka boli boli. Najgorsze jest to, ze nigdy nie bywam pijana nawet jak duzo wypije, ale kac sie pojawia... Wczorajszy lunch zaczal sie o 13.30, skonczyl sie o 19.00. Smiertenla mieszanka -- dzielenie stolu z Irlandczykiem (Szef) i Francuzem (nasz web designer). A jako, ze w jezyku polskim nie istnieje slowo "nie", jak usiluje przekonac Szefa i kilku jeszcze Irlandczykow po drodze, to oczywiscie nie mowilam nie...

Ale cudownie bylo!

Po czym jeszcze odpowiedzialnie poszlam kupic chleb w Fallon and Byrne, bo ja jestem francuski piesek (suczka?) i zaden inny chleb mi nie smakuje, a co to jest 20 min spaceru zwlaszcza po 3 kieliszkach wina i 3 czy 4 whiskeys "straight". A o 21.00 grzecznie poszlam na "Serious Man" z L., bo dlaczego niby lunch ma wplywac na moje zycie towarzyskie ("Tuesday, great start" skomentowal kolega L., nie ma to jak podziw z ust Irlandczyka) i "Serious Man" bardzo mnie rozsmieszyl, nie wiem, czy alkohol w tym pomogl, ale nastepny film, jaki chce zobaczyc ma miec jednak ZDEFINIOWANE ZAKONCZENIE, bo uwazam, ze mezczyzne poznaje sie po tym, jak konczy :) "Biala Wstazka" tez nie miala zakonczenia zdefinowanego, a ja jednak lubie jak sie kunszt narracyjny ukazuje rowniez na koncu.

Moja biedna glowka... Oj...
13:20, janomadka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Starzeje sie
Co stwierdzam po tym, ze nie irytuje mnie bozonarodzeniowa otoczka w tym roku. Nawet choinka bedzie, a co mi tam. A pod choinke dostane najnowsza ksiazke Olgi Tokarczuk! Moja Mama wlasnie czyta, niech sobie wyczyta :) A Tatus zakupil po polsku "The God Illusion" Dawkinsa, akurat taka mila przedswiateczna lektura.

Oj za 19 dni juz tu beda! Trzeba jakies zakpy swiateczne porobic -- byle nie w weekend!
12:59, janomadka
Link Komentarze (1) »
Gentleman
I nawet nie moge sobie poironizowac ani podystansowac, bo mnie z lekka zatkalo. Na impreze mialam isc, jakies pol godziny pieszo od miejsca, gdzie mieszkam. Mozna podjechac autobusem, ale czasowo, zanim doszlabym do autobusu i zaczekala, to wyszlo by na to samo albo i na dluzej. Zadzwonil L. (nie zaproszony na impreze, bo nie zna ekipy) i mowi, sluchaj leje strasznie (lalo strasznie), gdzie idziesz na ipreze jak daleko to cie podwioze (L. mieszka ode mnie jakies 20-25 samochodem ode mnie). Cudowny pomysl, odpowiedzialam, myslac, ze jedzie odwiedzic siostre, bo mial wczoraj taki zamiar, zboczy troszke a ja sie nie przemocze do suchej nitki. Wiec przyjechal, po czym w samochodzie sie dowiaduje, ze przyjechal specjalnie po to, zeby mnie zawiezc na impreze... 




Tu pauza nastapila, bo mnie zatkalo, jak sie dowiedzialam, ze specjalnie.
To mu mowie, a chodze ze mna na impreze, jedzenia bedzie duzo, dziewczyna organizujaca mieszkala dlugo we Wloszech, po za tym Chorwatka, wiec i dusza slowianska, nie bedzie miala nic na przeciwko. Na co L. mowi, ale wiesz pogoda taka, ze nosa z domu nie chce mi sie wystawiac, posiedze sobie w cieple i po czytam. 

Pomimo mojej ironii (nabytej zdaje sie) rozwalaja mnie takie gentlemanskie gesty. Az sie z tego wszystkiego zgodzilam na Silent Man z nim isc we wtorek...
01:46, janomadka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
Wielkanoc
Dzrodzy Czytelnicy i Czki! Janomadka Wielkanoc 2010 spedzi w Bejrucie!!! Przyszedl mail od K., ze jak najbardziej chce mnie goscic i mam bukowac bilety, wiec tylko dogadanie terminow i zabukowanie i wio!!! Kto by pomyslal te prawie 3 lata temu w Miescie nad Blekitnym, podczas Wielkanocy zasypanej cholernym sniegiem, ze odwiedze ja w Bejrucie. Wiec zima nie straszna wcale -- luty Maroko, kwiecien -- Liban, a od maja do pazdziernika intensywna praca. Wyzbylam sie przymusu wakacji latem :)

Wlasnie wrocilam z kolacji u L. Jaki on ma sliczny przytulny domek z setkami ksiazek... Ech...
01:29, janomadka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009
Z ust mezczyzny
Rozmawiam sobie milo z T. i opowiadam mu jakie madrosci wyczytalam z Helen Fisher i jaka natura jest niesprawiedliwa, ze slonice uprawiaja seks jedynie 3 dni na 5 lat (co z tego, ze bardzo intensywnie), a slonie co roku przez 3 miesiace i to tak intensywnie, ze traca polowe swojej wagi, ach byc sloniem w przyszlym zyciu, NIE slonica ("Who says nature is fair?" mowi T.). Po czym mowie, ze przeszlam juz do rozdzialu, ktory wyjasnia procesy chemiczne w mozgu, na co T. "Well I am afraid it's between the man's legs, not in the brain. But well, I guess the man's brain IS between his legs".

Z ust samego mezczyzny Drogie Czytelniczki, z ust samego mezczyzny!

Ale i tak chce byc sloniem w przyszlym wcieleniu!

13:16, janomadka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009
Romantyczne lektury
Jakis wirusik mnie podzera, obawiam sie, ze to angina, angina jest passe w tym roku, jak mnie poinformowala K., moge udawac, ze mam natki vintage smak w wirusach, ale passe to jeszcze nie vintage... Pohoduje sobie jeszcze, moze sie modne zrobi?

Czytam bardzo romantyczne ksiazki dwie (naraz, ale nie w tym samym czasie!). Jedna to "The Selfish Gene" Dawkinsa a druga to "Why We Love. The Nature and Chemistry of Romantic Love". Obie pycha!
14:57, janomadka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Click for Dublin, Ireland Forecast